
Jak widać spadł śnieg. Całkiem ładnie to wygląda, trzeba przyznać. Oczywiście w rzeczywistości ładniej niż na załączonym zdjęciu (które w sumie nie jest takie złe). Śnieg ma też skutki uboczne - jest zimny (ale w sumie jakoś mi to dzisiaj niespecjalnie przeszkadzało) i można z niego robić śnieżki. Jak się robi śnieżki, to oczywiście można nimi rzucać. A jak się rzuca to najlepiej w coś, albo jeszcze lepiej - w kogoś. A jak w kogoś, to najlepiej w kogoś dużego, żeby było łatwo trafić. Tak też się dzisiaj stało. Niczego nie przeczuwając poszedłem na zbiórkę. Najpierw nie było nikogo, potem przyszło kilkunastu kandydatów na ministrantów i paru ministrantów. Potem doszło jeszcze kilka spóźnionych osób. Nic nie zapowiadało tego, co miało się stać potem. Po zbiórce wyszedłem na dwór, udzieliłem jeszcze odpowiedzi na parę pytań... I wtedy kandydaci odkryli, że jestem idealnym celem. Na początku nie było źle - rzucali z daleka, pojedynczo - dało się robić uniki. Ale potem uległem liczniejszemu przeciwnikowi - otoczyli mnie i rzucali wszyscy naraz. Ostatecznie udało mi się zbiec i nawet nie straciłem żadnej kończyny (chociaż zaczęli wytaczać ciężką artylerię). Przegrałem bitwę, ale jeszcze wygram wojnę.
Aut vincere aut mori!